Przez kilka dni cała Polska śledziła dramatyczne poszukiwania Witolda Płóciennika. W czwartek potwierdzono najgorszy scenariusz — ciało cenionego operatora filmowego odnaleziono w lesie na obrzeżach Lubniewic. Szczególnie poruszają dziś słowa jego syna Gabriela, który jeszcze przed odnalezieniem ojca opowiadał w programie „Uwaga!” o jego zwyczajach. Jedno zdanie nabiera teraz zupełnie innego znaczenia.

Witold Płóciennik miał 56 lat. Był jednym z cenionych polskich operatorów filmowych, autorem zdjęć do wielu filmów i seriali. Pod koniec sierpnia pracował w województwie lubuskim przy nowej produkcji Netflixa. W przerwie między zdjęciami miał wolny weekend. Pojechał w okolice Lubniewic, nad jezioro Lubiąż, gdzie chciał odpocząć i spędzić trochę czasu na łonie natury.
W sobotę, 29 sierpnia, był jeszcze widziany podczas śniadania w hotelu. Później udał się w okolice jeziora. Bliskim wysłał zdjęcie znad wody i wiadomość, że odpoczywa. Jego samochód pozostał w Lubniewicach. Później kontakt się urwał. Mężczyzna miał po weekendzie wrócić do pracy, a także odwiedzić rodzinę. Nie pojawił się jednak w umówionym miejscu.
„Zawsze wieczorem potem wracał”
Kiedy trwały jeszcze poszukiwania, dziennikarze programu „Uwaga!” TVN rozmawiali z Gabrielem Płóciennikiem. Wtedy rodzina wciąż miała nadzieję, że jego ojciec zostanie odnaleziony.
Syn został zapytany, czy wyjazd nad jezioro i samotne spędzanie czasu w lesie były zachowaniem typowym dla Witolda.
Gabriel przyznał, że ojciec lubił piesze wędrówki i kontakt z naturą, ale jednocześnie podkreślił coś bardzo istotnego. Nie był człowiekiem, który znikał na długo bez słowa.
Jak mówił, Witold lubił spędzać czas na łonie natury, ale wieczorem zazwyczaj wracał do hotelu albo do domu. Nie postrzegał też ojca jako osoby całkowicie odizolowanej od innych.
„Jest takim trochę samotnikiem, jeżeli można go tak określić. Jednakże to nie jest osoba wyalienowana” — mówił Gabriel w rozmowie nagranej jeszcze przed tragicznym finałem poszukiwań.
Dziś te słowa brzmią inaczej. Zwłaszcza fragment dotyczący tego, że Witold zwykle wracał wieczorem.
Poszukiwania zakrojone na ogromną skalę
Zaginięcie 56-latka zostało zgłoszone po weekendzie. Od poniedziałku, 31 sierpnia, w okolicach Lubniewic prowadzono szeroko zakrojone poszukiwania.
Zaangażowano policjantów, strażaków, leśników, żołnierzy, ratowników, członków grup poszukiwawczo-ratowniczych, znajomych operatora oraz mieszkańców. Wykorzystywano m.in. psy tropiące, drony, łodzie i specjalistyczny sprzęt. Sprawdzano zarówno okolice jeziora, jak i pobliskie tereny leśne.
W kolejnych dniach pojawiały się informacje o nowych działaniach służb, ale długo nie było wiadomo, gdzie dokładnie znajduje się Płóciennik.
Przełom nastąpił 3 września.
Ciało mężczyzny zostało odnalezione w kompleksie leśnym na obrzeżach Lubniewic przez jedną z osób cywilnych uczestniczących w poszukiwaniach. Tożsamość została potwierdzona przez członka rodziny. Na miejscu pojawił się prokurator, który przeprowadził oględziny. Zwłoki zabezpieczono do sekcji.

Najważniejsze pytanie dopiero przed śledczymi
Potwierdzenie tożsamości zakończyło poszukiwania, ale jednocześnie otworzyło kolejny, znacznie trudniejszy etap.
Prokuratura wszczęła postępowanie mające ustalić dokładną przyczynę i okoliczności śmierci Witolda Płóciennika. Na tym etapie śledczy nie przesądzają, co doprowadziło do jego śmierci.
Sekcja zwłok ma odpowiedzieć m.in. na pytanie, czy śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, w wyniku nieszczęśliwego zdarzenia, czy też mogły przyczynić się do niej inne osoby. Prokuratura podkreśla, że na obecnym etapie żadna z tych możliwości nie została ostatecznie wykluczona.
To niezwykle istotne, ponieważ sama lokalizacja odnalezienia ciała nie daje odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się wcześniej.
Nie wiadomo jeszcze, jak wyglądały ostatnie godziny życia operatora, dokąd dokładnie się udał i co stało się po jego ostatnim kontakcie z bliskimi.
Człowiek, który patrzył na świat przez kamerę
Śmierć Płóciennika jest ogromną stratą także dla polskiego środowiska filmowego.
Operator pracował przy wielu cenionych produkcjach, m.in. „Wymyk”, „Carte Blanche”, „Ikar. Legenda Mietka Kosza”, „Zieja”, „Klangor”, „Kruk” czy „Ołowiane dzieci”. Za zdjęcia do „Ikara. Legendy Mietka Kosza” otrzymał w 2019 r. nagrodę za najlepsze zdjęcia na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Rok później został laureatem Nagrody Głównej w Konkursie Filmów Polskich festiwalu Camerimage za „Zięję”.
Był również mocno zaangażowany w działalność na rzecz ludzi pracujących przy produkcjach filmowych. Pełnił funkcję przewodniczącego Związku Zawodowego Filmowców i był członkiem Stowarzyszenia Autorów Zdjęć Filmowych.
Dla wielu osób nie był więc wyłącznie operatorem stojącym za kamerą. Był także człowiekiem, który przez lata działał na rzecz całego środowiska filmowego.
Ostatni weekend miał być tylko chwilą odpoczynku
Najbardziej przejmujące w tej historii jest to, jak zwyczajnie miały wyglądać ostatnie plany Witolda Płóciennika.
Praca na planie nowej produkcji. Wolny weekend. Jezioro. Kontakt z rodziną. Powrót do hotelu, a później spotkanie z bliskimi.
Tak ten wyjazd wyglądał z perspektywy rodziny.
Jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że słowa Gabriela o ojcu — o człowieku, który lubił samotne spacery, ale zwykle wieczorem wracał — za kilka dni staną się jednym z najbardziej przejmujących fragmentów tej historii.
Dziś nie ma już pytań o to, czy Witold Płóciennik zostanie odnaleziony.
Pozostaje znacznie trudniejsze pytanie: co wydarzyło się w lesie pod Lubniewicami i dlaczego 56-letni operator filmowy nie wrócił z weekendowego odpoczynku?
Na odpowiedź trzeba poczekać do zakończenia czynności śledczych i wyników sekcji. Dopiero one pozwolą ustalić, jak naprawdę wyglądały ostatnie chwile życia Witolda Płóciennika.