To jedna z najbardziej mrocznych, niezrozumiałych i tajemniczych spraw w powojennej historii polskiej kryminalistyki. Zaginięcie 19-letniej Iwony Wieczorek od 16 lat spędza sen z powiek śledczym, dziennikarzom oraz milionom Polaków. Gdy wydawało się, że w sprawie zapadła głucha cisza, na przełomowe i niezwykle poruszające wyznanie zdecydowała się najbliższa przyjaciółka zaginionej. Pani Katarzyna przed kamerami programu TVN „Uwaga!” przerwała milczenie. Jej słowa rzucają zupełnie nowe, przerażające światło na to, co mogło wydarzyć się w feralną noc 17 lipca 2010 roku.

Słoneczny, upalny piątek, 16 lipca 2010 roku. Gdańsk tętnił życiem, a wakacyjna atmosfera udzielała się wszystkim. 19-letnia wówczas Iwona Wieczorek spędzała popołudnie na plaży w Jelitkowie. Kibicowała swoim kolegom, którzy rozgrywali mecz beach soccera. Obok niej siedziała Katarzyna – przyjaciółka, z którą znała się od najmłodszych lat i z którą dzieliła niemal wszystkie dziewczęce sekrety.
— Spędzałam z nią czas do około godziny 16. Wracaliśmy razem tramwajem, pamiętam, że to był bardzo ciepły dzień — wspomina pani Katarzyna.
W drodze powrotnej dziewczyny żywo dyskutowały o planach na wieczór. Iwona była niezwykle podekscytowana. Mimo że na co dzień nie były stałymi bywalczyniami głośnych imprez, woląc spokojny wypoczynek nad brzegiem morza, tego wieczoru 19-latka chciała zaszaleć. Pędziła do domu, by ułożyć włosy, nałożyć makijaż i wybrać najlepszą kreację. Miała iść ze znajomymi do popularnego trójmiejskiego lokalu Dream Club w Sopocie. Katarzyna wybrała wtedy inne plany. Nie przypuszczała, że uśmiechnięta twarz Iwony widziana w tramwaju będzie ostatnim obrazem przyjaciółki, jaki zapamięta na całe życie.
Fatalny SMS i ciężar, który paraliżuje dusze
Impreza w Dream Clubie nie potoczyła się jednak po myśli Iwony. Wewnątrz lokalu doszło do gwałtownej sprzeczki między 19-latką a towarzyszącymi jej znajomymi. Rozpaczona i zdenerwowana dziewczyna postanowiła samotnie opuścić klub i piechotą ruszyć w stronę swojego mieszkania w Gdańsku-Zaspie. Miała do pokonania kilkukilometrową trasę prowadzącą wzdłuż pasa nadmorskiego.
O godzinie 4:12 miejski monitoring zarejestrował ją po raz ostatni przy wejściu na plażę nr 63 w Gdańsku-Jelitkowie. Za nią szedł tajemniczy mężczyzna z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Do bezpiecznego progu własnego domu Iwonie brakowało zaledwie kilkunastu minut piechotą. Nigdy tam jednak nie dotarła.
Gdy Iwona szła sama ciemną alejką, wysyłała wiadomości tekstowe. Pani Katarzyna wtedy twardo spała. Ten jeden nieodebrany sygnał i prześpiewana noc stały się dla niej osobistym piekłem na kolejne 16 lat.
— Bardzo długo miałam sobie za złe, że się wtedy nie obudziłam. Wiem, że gdybym się obudziła, to mogłoby się nie wydarzyć i skończyć inaczej. Zamówiłabym taksówkę czy nawet wyszłabym tam, gdzie ona by była i mogłaby wtedy wrócić bezpiecznie do domu — wyznaje przez łzy przed kamerami przyjaciółka zaginionej.
Blamaż śledczych i rażące błędy z przeszłości
Dlaczego sprawca do dziś pozostaje bezkarny? Odpowiedź na to pytanie przynosi porażający raport Najwyższej Izby Kontroli (NIK). Kontrolerzy bezlitośnie punktowali pierwsze, kluczowe doby poszukiwań prowadzone przez gdańską policję.
Opóźnienia w zabezpieczaniu nagrań z monitoringu, brak natychmiastowego przesłuchania wszystkich uczestników feralnej imprezy oraz powierzchowne przeszukanie terenu nadmorskiego doprowadziły do bezpowrotnej utraty cennych dowodów. Przez pierwsze dni sprawę traktowano jak zwykły wybryk nastolatki, która postanowiła przedłużyć sobie imprezę. Gdy policjanci zorientowali się, że doszło do tragedii, ślady zatarł czas i tysiące turystów depczących nadmorskie alejki.
Przerażająca hipoteza. „To nie był przypadek, to był ktoś z nas”
Przez ponad półtorej dekady w mediach przewijały się dziesiątki hipotez. Mówiono o przypadkowym porywaczu, porachunkach trójmiejskiej mafii, a nawet wywiezieniu dziewczyny za granicę. Jednak opinia najbliższej przyjaciółki Iwony sprowadza całe śledztwo na zupełnie inne, mrożące krew w żyłach tory.
Pani Katarzyna nie ma dziś wątpliwości, że za zniknięciem 19-latki stoi osoba z jej bliskiego otoczenia.
— To raczej nie był przypadek, najprawdopodobniej zrobiła to osoba, którą ona znała. Ciężko mi o tym mówić, bo nie jestem w stanie nawet myśleć, że znam tę osobę, że to mógł być ktoś z naszego otoczenia — wyznaje z przerażeniem pani Katarzyna.
Myśl, że bezwzględny morderca przez 16 lat żył w tym samym mieście, mijając na ulicy bliskich Iwony, patrząc im w oczy i udając przejęcie poszukiwaniami, wywołuje paraliżujący strach.
Archiwum X wkracza do gry. Czy poznamy prawdę?
Mimo upływu lat sprawa nie trafiła do archiwum. Obecnie nad rozwiązaniem zagadki pracują śledczy z Małopolskiego Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie – legendarne „Archiwum X”. Prokuratorzy sięgają po najnowocześniejsze technologie kryminalistyczne, badają dawne ślady przy użyciu nowoczesnych analiz DNA oraz ponowne prześwietlają billingi i logowania telefonów komórkowych.
— Cały czas pracujemy na tym, żeby gromadzić dowody i po latach udaje nam się niektóre dodatkowe dowody uzyskać, choć wydawałoby się, że niemożliwe jest, żeby się zachowały przez tyle lat — uspokaja Eryk Stasielak z Prokuratury Krajowej.
Dla rodziny i przyjaciół zaginionej 19-latki każdy kolejny dzień to niekończąca się udręka. Żądają tylko jednego – poznania prawdy, bez względu na to, jak bardzo okaże się bolesna.
— To musi się skończyć. Nie wyobrażam sobie, że będzie to trwać i trwać, i nie dowiemy się, co się z nią stało — podsumowuje ze szlochem pani Katarzyna.
Czy przełomowe technologie w rękach krakowskich prokuratorów i przełamanie zmowy milczenia w środowisku znajomych Iwony pozwolą wreszcie rozwikłać najgłośniejszą tajemnicę XXI wieku w Polsce? Cały kraj czeka na odpowiedź.
