Ojciec potrącił 4-letniego synka. Trzy lata temu na tym samym podwórku zginęło jego drugie dziecko…. Trudno znaleźć słowa, które potrafiłyby opisać ogrom tragedii, jaka rozegrała się na jednej z prywatnych posesji w spokojnej i cichej miejscowości Boćki na Podlasiu. W słoneczne niedzielne popołudnie dochodzący z podwórka dziecięcy śmiech w ułamku sekundy zamienił się w przeraźliwy krzyk i pisk opon. 47-letni mężczyzna, wykonując rutynowy manewr samochodem z przyczepką, potrącił swojego 4-letniego synka. Gdy na miejsce pędziły syreny wozów strażackich i śmigłowiec ratunkowy, sąsiedzi zamarli w przerażeniu. Wszyscy w okolicy doskonale pamiętają, że niemal dokładnie trzy lata temu na tym samym podwórku, pod kołami pojazdu tego samego człowieka, zginęło jego drugie, zaledwie 10-miesięczne maleństwo…

Tragedia wydarzyła się w niedzielę, 16 sierpnia. Słoneczny dzień sprzyjał pracom wokół domu i zabawie na świeżym powietrzu. 47-letni gospodarz postanowił przestawić samochód, do którego podczepiona była lekka przyczepka transportowa. Mężczyzna wsiadł za kierownicę i zaczął powoli cofać na terenie własnego podwórka. W tym samym czasie w pobliżu pojazdu przebywał jego 4-letni synek.
Wystarczyła chwila nieuwagi, ułamek sekundy dekoncentracji i tzw. martwe pole w lusterku. Malec nagle znalazł się bezpośrednio za pojazdem, wprost na torze jazdy zestawu. Chłopiec został uderzony i dostał się pod koła lekkiej przyczepy.
Gdy ojciec zorientował się, co się stało, natychmiast zatrzymał samochód i rzucił się na pomoc zakrwawionemu dziecku. Przerażony mężczyzna natychmiast wykręcił numer alarmowy, wzywając służby ratunkowe.
Ryk silników i podniebna karetka. Walka o życie 4-latka
Sytuacja od początku wyglądała niezwykle dramatycznie. Ze względu na wiek poszkodowanego oraz niebezpieczny mechanizm urazu, dyżurny operator CPR nie zwlekał ani chwili. Na miejsce natychmiast zadysponowano wszystkie dostępne służby – naziemne zespoły ratownictwa medycznego, straż pożarną do zabezpieczenia lądowiska oraz śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (LPR).
Ciszę małej miejscowości Boćki rozdarł ryk śmigłowca, który wylądował tuż obok posesji. Ratownicy medyczni po udzieleniu pierwszej pomocy i stabilizacji funkcji życiowych malucha podjęli decyzję o natychmiastowym podróżnym transporcie lotniczym do specjalistycznej placówki w Białymstoku.
Chłopiec trafił wprost na oddział Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, gdzie czekał już powiadomiony wcześniej zespół lekarzy i chirurgów dziecięcych.
O aktualnym stanie zdrowia i rokowaniach poszkodowanego 4-latka poinformowała prof. dr hab. n. med. Ewa Matuszczak z Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. W rozmowie ze stacją TVN24 przekazała ostrożne, ale dające nadzieję wieści:
— Dziecko jest obecnie leczone z powodu stłuczenia płuc. Na ten moment nie ma wskazań, by konieczna była interwencja chirurgiczna — powiedziała lekarka.
Choć fakt, że lekarze nie muszą operować malucha, przynosi ogromną ulgę, stłuczenie płuc u tak małego dziecka wciąż stanowi poważny stan wymagający ścisłej, całodobowej obserwacji w warunkach szpitalnych.
Mroczny cień przeszłości. Druga tragedia na tej samej posesji
Gdy wiadomości o wypadku rozeszły się po okolicy, wśród lokalnej społeczności zavibrowały emocje niedowierzania, szoku i głębokiego smutku. Dziennikarze śledczy ustalili bowiem wstrząsający fakt, który rzuca całkowicie nowe, mroczne światło na niedzielne wydarzenia.
Okazuje się, że to nie pierwszy raz, kiedy na tej konkretnej posesji dochodzi do dramatu z udziałem najmłodszych. Niemal dokładnie trzy lata wcześniej – na tym samym podwórku i przy udziale tego samego 47-letniego mężczyzny – rozegrał się identyczny w swoim przebiegu scenariusz.
Wówczas ojciec, wykonując manewr samochodem na terenie gospodarstwa, potrącił swoje drugie dziecko – zaledwie 10-miesięcznego niemowlaka. Wtedy skutki potrącenia okazały się nieodwracalne i tragiczne. Mimo podjętej natychmiast reanimacji i ogromnych starań lekarzy, obrażenia ciała u tak małego niemowlęcia były zbyt ciężkie. Życia 10-miesięcznego maluszka nie udało się uratować.
Pytania bez odpowiedzi i śledztwo prokuratury
Jak to możliwe, że w jednej rodzinie, na tym samym podwórku, doszło do niemal bliźniaczych wypadków drogowych z udziałem własnych dzieci? Czy to potworny, niewyobrażalny pech i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, czy też rażące zaniedbanie podstawowych zasad bezpieczeństwa podczas operowania ciężkim sprzętem w miejscu, gdzie bawią się dzieci?
Policjanci z Komendy Powiatowej Policji pod nadzorem prokuratora prowadzą szczegółowe czynności wyjaśniające na miejscu zdarzenia. Biegli z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych oraz technicy kryminalistyki dokładnie zabezpieczyli ślady na posesji, zbadali stan techniczny samochodu oraz przyczepki, a także sprawdzili widoczność z fotela kierowcy podczas wykonywania feralnego manewru cofania.
Z dotychczasowych ustaleń wynika, że 47-letni kierowca w momencie zdarzenia był całkowicie trzeźwy. Śledczy będą jednak wnikliwie badać, czy mężczyzna przed rozpoczęciem manewru cofania upewnił się, gdzie znajdują się jego dzieci oraz czy w trakcie jazdy zachował należytą ostrożność.
Dla rodziny z Bociek niedzielny wypadek to ponowne otwarcie niezabojonych ran sprzed trzech lat. Gdy 4-letni chłopiec walczy o powrót do zdrowia w białostockim szpitalu, cała miejscowość wstrzymuje oddech, pytając, jak uniknąć kolejnych takich tragedii na prywatnych posesjach, gdzie chwila nieuwagi za kierownicą kosztuje zdrowie i życie najmłodszych.