Zwycięstwo AfD w Saksonii-Anhalcie wywołało natychmiastową reakcję Donalda Tuska. Polski premier nie komentował wyniku językiem dyplomatycznym. Napisał wprost, że w Polsce z triumfu niemieckiej prawicy mogą cieszyć się „tylko idioci albo zdrajcy”, wskazując przy tym na środowiska Konfederacji i Prawa i Sprawiedliwości. Za ostrym komunikatem kryje się jednak znacznie poważniejsza sprawa: AfD po raz pierwszy wygrała wybory do parlamentu landowego w Niemczech, zdobywając 43,8 proc. głosów. Jednocześnie partia nadal nie ma wystarczającej liczby mandatów, by samodzielnie utworzyć rząd.

Tusk reaguje jeszcze przed pełnym podliczeniem głosów
Donald Tusk zabrał głos w niedzielę wieczorem, gdy znane były już prognozy wskazujące na zdecydowane zwycięstwo AfD. „W Polsce tylko idioci albo zdrajcy mogą się cieszyć z tryumfu AfD w Niemczech. Trochę się ich nazbierało w Konfederacjach i PiS” – napisał premier na platformie X.
W poniedziałek rano było już wiadomo, że wynik nie był jedynie efektem exit poll. Po przeliczeniu wszystkich okręgów AfD uzyskała 43,8 proc. głosów. Pięć lat wcześniej partia zdobyła w tym landzie 20,8 proc. Oznacza to wzrost o 23 punkty procentowe. Drugie miejsce zajęła CDU z wynikiem 17,2 proc., co oznacza bardzo wyraźne osłabienie ugrupowania kanclerza Friedricha Merza. SPD zdobyła 9,3 proc., Zieloni 8,9 proc., Lewica 8,6 proc., a BSW Sahry Wagenknecht przekroczyło próg wyborczy z wynikiem 5,3 proc.
Nie był to przy tym wybór z udziałem niewielkiej części społeczeństwa. Frekwencja wyniosła 77,8 proc., co według danych władz wyborczych było rekordowym poziomem dla wyborów do Landtagu Saksonii-Anhalt od zjednoczenia Niemiec.
AfD wygrała, ale nie może jeszcze rządzić samodzielnie
Wynik 43,8 proc. może sprawiać wrażenie politycznej dominacji i w sensie wyborczym rzeczywiście nią jest. AfD otrzymała 39 mandatów w 83-osobowym Landtagu. Do samodzielnej większości potrzeba jednak 42 miejsc. Partii zabrakły więc trzy mandaty.
To właśnie tutaj zaczyna się najważniejsza część powyborczej układanki.
AfD stała się największą siłą w parlamencie landowym, ale pozostałe główne ugrupowania od lat utrzymują tzw. „Brandmauer”, czyli polityczną barierę wobec współpracy z tą partią. Sam wynik wyborczy nie oznacza zatem automatycznie, że kandydat AfD Ulrich Siegmund obejmie stanowisko premiera landu.
Sytuację komplikuje także stanowisko samej AfD. Partia chce rządzić, ale jednocześnie nie zamierza tworzyć klasycznej koalicji z ugrupowaniami głównego nurtu. Po wyborach pozostaje więc pytanie, czy uda się zbudować większość, która pozwoli wyłonić rząd, czy też Saksonię-Anhalt czekają długie negocjacje i niestandardowy układ parlamentarny.
To ważne rozróżnienie: AfD wygrała wybory, ale jeszcze nie przejęła władzy w landzie.
Dlaczego wynik z Saksonii-Anhalt jest ważny także dla Polski?
Saksonia-Anhalt nie jest największym ani najważniejszym krajem związkowym Niemiec. Polityczne znaczenie niedzielnego głosowania wykracza jednak daleko poza jego granice.
AfD po raz pierwszy została najsilniejszym ugrupowaniem w wyborach do parlamentu landowego w Niemczech w okresie powojennym. Partia ponad dwukrotnie poprawiła swój wynik sprzed pięciu lat, a CDU – ugrupowanie, które przez lata było jednym z filarów niemieckiej polityki – spadło do 17,2 proc.
To dlatego rezultat jest obserwowany także poza Niemcami.
Dla Warszawy szczególne znaczenie mają stanowiska AfD dotyczące migracji, Unii Europejskiej, wojny w Ukrainie i relacji z Rosją. Niemiecki oddział partii w Saksonii-Anhalcie jest klasyfikowany przez tamtejszy Urząd Ochrony Konstytucji jako ugrupowanie prawicowo-ekstremistyczne. Program AfD zakłada m.in. znaczne ograniczenie migracji, zwiększenie znaczenia państw narodowych kosztem części kompetencji UE oraz zmianę polityki wobec Rosji.
Nie oznacza to jednak, że wynik jednego landu przesądza o przyszłej polityce całych Niemiec. Landtag w Magdeburgu ma własne kompetencje, a AfD nie posiada większości. Wynik jest jednak wyraźnym sygnałem siły ugrupowania, którego jeszcze kilka lat temu nie można było traktować jako głównego pretendenta do zwycięstwa w wyborach regionalnych.
Były ambasador RP ostrzega: problemem jest nie tylko siła AfD
Do wyniku wyborów odniósł się również Janusz Reiter, były ambasador Polski w Niemczech. W rozmowie z PAP zwrócił uwagę na element, który w pierwszych komentarzach może zostać pominięty: niepokojąca jest nie tylko rosnąca popularność AfD, ale także słabość jej politycznych przeciwników.
„Nie chodzi tylko o to, jak silna stała się AfD, ale o to, jak słabe są partie demokratycznego centrum” – ocenił Reiter. Jego zdaniem ugrupowania głównego nurtu znalazły się w defensywie, podczas gdy AfD przeszła do ofensywy.
Były ambasador zwrócił również uwagę na kwestie szczególnie istotne z polskiej perspektywy. Jego zdaniem Warszawa nie powinna mieć złudzeń co do charakteru AfD, a część stanowisk tego ugrupowania dotyczących niemieckiego nacjonalizmu i rozliczeń z przeszłością może prowadzić do napięć w relacjach polsko-niemieckich. Jednocześnie Reiter przestrzegł przed odwracaniem się Polski od Niemiec, wskazując na znaczenie współpracy obu państw dla bezpieczeństwa Europy, w szczególności w kontekście Ukrainy.
To istotny kontekst dla słów Tuska. Premier nie komentował wyłącznie wyniku regionalnych wyborów w Niemczech. Jego reakcja wpisuje się w szerszy spór o to, jak Polska powinna reagować na wzrost sił skrajnej prawicy w państwach Unii Europejskiej i jakie mogą być tego konsekwencje dla bezpieczeństwa regionu.
Na słowa Tuska odpowiedział europoseł AfD. „Herr Tusk…”
Ostra wypowiedź polskiego premiera szybko doczekała się odpowiedzi ze strony AfD.
Tomasz Froehlich, niemiecki europoseł tej partii mający polskie korzenie, odpowiedział Tuskowi jednym zdaniem: „Herr Tusk, zjedz Snickersa!”. Było to nawiązanie do popularnej reklamy, w której bohater zachowuje się nerwowo, dopóki nie zje batona.
Ta odpowiedź nie zmienia oczywiście wyniku wyborów, ale pokazuje, że komentarz polskiego premiera został szybko wciągnięty w niemiecko-polską polityczną wymianę zdań.
I właśnie ten element jest ważniejszy, niż może wynikać z samego nagłówka.
W ciągu kilkunastu godzin wynik wyborów w Saksonii-Anhalcie przestał być wyłącznie niemiecką sprawą regionalną. Stał się częścią europejskiej debaty o rosnącym poparciu dla partii radykalnej prawicy, przyszłości tradycyjnych ugrupowań oraz granicach politycznej współpracy z AfD.
Co wydarzy się teraz?
Najbliższe tygodnie pokażą, czy AfD będzie w stanie przełożyć rekordowy wynik na realny wpływ na władzę w landzie. Matematyka jest dla partii korzystna, ale nie daje jej samodzielnej większości. Przy 39 mandatach w 83-osobowym parlamencie potrzebne będzie znalezienie dodatkowego sposobu na uzyskanie większości.
To właśnie dlatego wynik 43,8 proc. należy czytać jednocześnie na dwóch poziomach. Jako historyczne zwycięstwo wyborcze AfD oraz jako początek trudnego testu dla niemieckiego systemu politycznego.
Dla Polski najważniejsze będzie natomiast to, czy sukces AfD pozostanie przede wszystkim regionalnym fenomenem, czy stanie się kolejnym etapem trwałej zmiany układu sił w Niemczech.
Na dziś jedno jest pewne: wyborcy w Saksonii-Anhalcie wysłali bardzo mocny sygnał. AfD nie jest już ugrupowaniem walczącym wyłącznie o wejście do parlamentu. W jednym z niemieckich landów zdobyła ponad 40 proc. głosów i została największą siłą polityczną. Teraz niemiecka polityka musi odpowiedzieć na znacznie trudniejsze pytanie: jak przełożyć ten wynik na rządzenie, jeśli zwycięzca nie ma większości i pozostaje odizolowany przez pozostałe partie?